dziś rozglądałam się
za zapachem.
za, za panem.
z pierwszego siedzenia.
w autobusach, na zakrętach,
chwytam się brzytwy.
dziś rozglądałam się
za zapachem.
za, za panem.
z pierwszego siedzenia.
w autobusach, na zakrętach,
chwytam się brzytwy.
Skad ta nagla pewnosc, fleszem do mnie przywieziona, spieciem neuronow pomimo rozpasanych odstepow pomiedzy myslami, wciaz rozciagajacych sie w czasie i przestrzeni? Tak, jakby to byla najpewniejsza pewnosc. Corka czarnych dziur. I matka. I siostra.
I osobista kurewka na wysokich obcasach.
Tymbardziej.
Zadzwon.
na papie u siebie
śpię sobie,
spokojnie,
boś boso
i pieszo
popieprzał
i spieprzył,
sposobem
niesłusznym,
mój biesie.
tu nie chodzi o narzędzia.
nie pociągają mnie obcęgi,
nie kuszą francuskie klucze,
nie kręcą wkrętarki.
głównym wątkiem jest,
snujący się w koło,
zapach.
chciałabym go wziąć na uwięź.
(dopuszczalne w grach, 17 punktów)
lecz z powodów fizycznej niewykonalności,
muszę i ciebie.
z jakimś takim uczuciem,
wciąż ciepłym i parującym,
mijam się z tobą w drzwiach.
moje prawa własności wygasły,
została tylko lewa interesowność
i miejsce parkingowe,
od czasu do czasu.
jednak nic się nie zmieniło:
granat metalik bez odprysków,
na fotelach kremowa skóra,
a gdy trzeba będzie zaparkować tyłem,
i tak zadzwonię.
kompulsywne scrollowanie,
naciskanie, przesuwanie,
spoglądanie
spróbuję znów przekuć w budowanie zamków z liter.
pozwólcie więc drodzy moi,
że najpierw
udam się w niedługą podróż autobusem do pewnego salonu meblowego
po klucz imbusowy
do tego zamka.
wybić z głowy wszystkie poetyzmy!
ubrać myśli w żakiet,
słowa w uniformy.
zgolić aluzje.
wydepilować metafory.
opanować strumień kwazi-świadomości.
wytuszować fakty.
wszystko ma być gładkie, czyste,
oczywiste.
królestwo
za noc
na noc
oddam
w dzierżawę.
skoś trawę
i wyhasaj konie,
bo kto,
jak ty nie?
k tonie.
stało się to,
co się czuło od dawna,
to,
co wypłynęło w tramwaju, spod ciemnych okularów
o poranku,
wieczorem się stało.
ale nadeszła era płyt
i szykuje się kompilacja wszechczasów.