przywilejem jej jest
móc śmiać się z Tobą,
rozmawiać w ciągu,
dotykać i spać.
ja mam same
jakby przywileje,
bo i jestem
jakby.
przywilejem jej jest
móc śmiać się z Tobą,
rozmawiać w ciągu,
dotykać i spać.
ja mam same
jakby przywileje,
bo i jestem
jakby.
tak, by głoską był dotyk.
palcem mów do mnie
i po mnie.
a ja poczytam z wypukłości.
i kropek.
obiecuję
sobie nie wmawiać
niczego
o zasikiwaniu terenu
przez obcych.
żadne zaznaczenia, naznaczenia, oznaczenia.
nie.
niczego takiego nie ma.
bo to ja zasadziłam na tym trawniku
nasiona żonkili.
i jakże nie byłoby to banalne,
to one pęcznieją, rosną i wybuchną,
dla mnie.
więc czekam.
a cierpliwości
wystarczy mi do kwietnia.
czasem drżę,
by na liście przymiotników,
zawierających się w dymie,
wydychanym przez czyżyńskie kominy,
nie pojawiło się “butna”.
ale mimo tego
dzielnie postanawiam,
wciagać to wszystko,
przez filtr.
albo z filtrem.
marki “śmielej.”
rocznik 2010.
a wszystkie chipsy i tak smakują tak samo.
fakt, ostatnio zdarza mi się,
reagować nazbyt apodyktycznie.
masz więc misję:
strąć mnie z tronu.
pociągnij za sznur,
obwiąż nim usta.
postaw mnie w niezręcznej sytuacji.
a potem mi dyktuj wytyczne.
apodyktycznie.
ciagnę,
wdycham aż do samych korzeni płuc,
zatrzymuję wskazówki zegara
w sobie,
aż słychać tylko dudniące
puk puk.
mogłabym nie wydychać,
mogłabym nie oddychać,
tylko tak trwać.
bo mało.
ona w tobie wyje, szuja.
lecz za nią nie wyjesz,
ni chuja.
poezję się pisze,
w oparciu o ciszę.
ja w ciszy się zmagam.
i myśli huragan.
rozmyślam do skutku…
czy zrobić sobie kolczyk w sutku?
poezję się pisze
przyłożeniem ust
do szyby z plexi,
przystankowej wiaty,
gdzie
spojrzenia z boku,
ja,
spojrzenia z na wprost,
ty.
drżą jak torowisko,
pod kołami maszyny
napędzanej elektrycznością
naszego wzroku.