zwiastują mi Cię
samoloty.
błyskające światła
na czarnym niebie;
bezszelestne białe ptaki,
tnące błekit;
warczące drapieżniki
atakujące prawa fizyki.
no!
więc zwiastuj,
bo jest zastój!
zwiastują mi Cię
samoloty.
błyskające światła
na czarnym niebie;
bezszelestne białe ptaki,
tnące błekit;
warczące drapieżniki
atakujące prawa fizyki.
no!
więc zwiastuj,
bo jest zastój!
o szóstej dziewięć,
wybiegam z bloku,
na ten przystanek,
co go widac już z okna.
pięć minut później
obieram tylne drzwi
autobusu sto czterdzieści cztery.
w sto pięćdziesiątce dwójce,
wsiadam drugimi,
bo mam potem bliżej.
i kątem oka widze jeszcze,
mijające się
stare, niebieskie tramwaje.
- wtorkowo-środowa,
nakręcana dżungla miejska,
o prześliczych trybach.
- śpię z wieloma.
tak wyznała naszej prasie
z wczorajszego wieczora
znana gwiazdka
słowa, aktu i telewizora.
już brukowce smarowały,
siostry modły odprawiały,
i żałobę zarządzono, narodową,
polką zwać się dłużej nie pozwolą.
szkoda tylko, nie spytali:
“- z kim?” i “- gdzie to?”
bo by wtedy posłuchali
opowieści o wspomnieniach
z jej życiowych chwil tak ważnych,
i że co noc, ją odwiedza,
jakaś myśl tak intensywna,
że z nią sypią, a tak wprawdzie,
to śni ją – i nic więcej.
kto by pomyślał,
że takie ze mnie ziółko,
nie zioło.
więc czemu dym leci mi z palców,
nie z pleców.
nie wysypiam się,
choć śpię
na mojej własnej poduszce.
i nawet wiśnia,
ani gałka muszkatołowa
nie dają rady.
potrzebna mi poradnia
i właściwa pora dnia.
zakładam wełnianą czapkę,
rękami otulam kakao,
pali się świeczka.
poniedziałkowe pobyty
w milion dollar hotel
są nad wyraz sexi.
gondolami pływam pomiędzy jedną wyspą a drugim brzegiem.
pode mną szmaragdowa woda.
ręka pomaga wysiąść,
dłoń macha na pożegnanie,
palec naciska na spust migawki,
uśmiech patrzy się na mnie,
a ja przetrę sobie czoło wodą
i popłynę dalej
na przekór skwarowi.
tuż przed dziesiątą
dotknęła mnie
przypadkowa przyjemność.
i było dobrze.