był sobie stół
okrągły, drewniano-kuty
i były krzesła.
byłam ja w sukience,
słońce
i misie haribo.
usiadłam więc
pupą na stolę,
słońce łapało sukienkę,
a miś przygryzał mi ucho.
był sobie stół
okrągły, drewniano-kuty
i były krzesła.
byłam ja w sukience,
słońce
i misie haribo.
usiadłam więc
pupą na stolę,
słońce łapało sukienkę,
a miś przygryzał mi ucho.
najśmiesznej byłoby,
gdyby się okazało,
że to, o czym czytam,
z odległości światłowodów,
miało swój początek za ścianą,
albo na imię mi znane.
uciekłam z kolejki.
odłączam się od stada
wrodzonego.
czas pokaże na jak długo
i kiedy wrócę
skomląc
i z podwinietym ogonem.
ulubionych słów biliony.
“miękki,
szorstki,
nastroszony.”
spacer w słońcu,
w poprzek
i na para-historycznym bruku,
między ludźmi,
ale po kolana w puchu.
wpadnij,
padnij.
na kolana, druhu.
rowery, cekiny i słońca.
lakierki, kokardki, łańcuszki.
kwiecień plecień, bo przeplata:
covery, rekiny, bez końca.
lanserki, bacardi, kwiatuszki.
w lodówce
wędlina.
w drzwiach
pyzy,
pół.
zabrakło tylko
Wielkiego Brata.
synchronicznie to
zjadam,
ściskam
i tęsknię za jeszcze.
po trawie
latami latamy.
ja
spódniczkę zakasam
i hasam.
ty
cykasz zdjęcia,
zawzięcie.
potem się śmiejemy,
upadamy,
aż dech zatyka.
a zegar stęka,
wzdycha
i tyka.
mam pewne przeczucie.
a ściślej to,
nie mam,
a jestem jego posiadaczką.
czy raczej to ono mnie posiadło?
usidliło i siedzi.
siedzi i włada.
włada i nie da
mi
posiadać się ze szczęścia.
bo to przeczucie,
to inne uczucie.
choć wydźwięk ledwo już brzęczy.
to urok odbity jak w tęczy,
niby siedem kolorów się piętrzy.
sukces przed dziewczęciem klęczy.
by sie nie skończył to jęczy.
a dźwięku byłoby więcej,
gdyby nie dziury w sukience,
i smutny wzrok jej spod rzęsy.
dłoń
relacji wisła głębce – katowice
wyciągnęła się nieco
ku mnie.
była groźną dłonią,
ze znakiem
od nadgarstka aż do kości.
z dłonią dotarł zapach,
proszący.
- o bilet
czy na przejażkę?